„Rum, rdza i marzenia” – wystawa fotografii Jarosława Wrony

Tarnowskie Towarzystwo Fotograficzne, w imieniu autora, serdecznie zaprasza na wernisaż wystawy fotografii Jarosława Wrony zatytułowanej „Rum, rdza i marzenia”.

Otwarcie wystawy odbędzie się 2 października 2026 roku (piątek) o godz. 18.00 w Galerii Poddasze ZCK – Ratusz w Zakliczynie, Rynek 1.

Wystawa będzie czynna do 3 listopada 2026 roku.

Prezentowany cykl jest fotograficzną opowieścią o Kubie widzianej z bliska — nie przez pryzmat egzotyki, ale codzienności, relacji i ludzi. Autor kieruje uwagę na człowieka, jego godność, zmęczenie, potrzebę bliskości, radość oraz marzenia, które pozostają obecne nawet w trudnych warunkach.

Od autora

Kuba widziana z bliska nie jest opowieścią o egzotyce. Jest opowieścią o człowieku. O
codzienności, która toczy się swoim rytmem mimo braków, zmęczenia, oczekiwania i konieczności
nieustannego radzenia sobie z tym, co jest. O życiu oglądanym z poziomu ulicy — bez dystansu, bez
gotowych odpowiedzi, bez potrzeby tłumaczenia świata, który dla jego mieszkańców nie jest
niezwykły. Jest po prostu ich światem. Miasto i prowincja. Ulica i dom. Spotkanie i samotność. Praca,
odpoczynek, rozmowa. Muzyka, śpiew, taniec. Rum i dym cygara. I radość, która czasem pojawia się
nagle, jakby na przekór wszystkiemu. Bo człowiek szuka radości nawet wtedy, gdy niewiele ma
powodów, by jej szukać. Jest to jednak radość inna. Inna, bo inna jest skala potrzeb. To, co dla
jednych może wydawać się drobiazgiem, dla innych może być chwilą, na którą warto czekać. Potrzeby
wyrastają przecież z rzeczywistości, w której żyjemy — z tego, co znamy, czego doświadczyliśmy i
czego nauczyliśmy się oczekiwać. Trudno wyobrazić sobie inny świat, kiedy całe życie zanurzone jest
w tym jednym, którego nie ma możliwości zmienić. Dlatego obok niedostatku jest muzyka. Obok
zmęczenia — śmiech. Obok rezygnacji — spotkanie. Obok tego, czego nie ma — potrzeba bycia
razem. Może właśnie w tym tkwi coś najbardziej przejmującego: zdolność odnajdywania małych
przestrzeni radości tam, gdzie z naszej perspektywy trudno je dostrzec.

Fotografie nie chcą tego świata oceniać. Nie chcą go również egzotyzować. Nie szukają
efektownego obrazu Kuby. Zatrzymują to, co dzieje się pomiędzy jednym momentem a drugim —
chwile zwyczajne, często niezauważalne, a przez to najbardziej prawdziwe. Są to obrazy zawieszone
pomiędzy smutkiem a godnością, rezygnacją a marzeniem. Bo jest w tych ludziach godność. Czasem
widoczna w spojrzeniu. Czasem w sposobie, w jaki stoją, siedzą, patrzą. Czasem w zwykłym geście,
który niczego nie udowadnia. Jest cicha. Nie potrzebuje deklaracji. Jest częścią codziennego trwania.
A potem, patrząc dłużej, zaczynamy dostrzegać, że za ulicą, przedmiotem, sytuacją zawsze znajduje
się człowiek.

I wtedy fotografia zbliża się jeszcze bardziej. Pozostaje twarz. Twarz staje się tym obrazem, w
którym codzienność zostawia swój ślad. Życie zapisuje na niej swój rytm — ciężar, zmęczenie,
cierpliwość, doświadczenie kolejnych dni. Każda jest inna, a jednak każda niesie coś wspólnego:
pamięć tego, co już się wydarzyło, i niepewność tego, co dopiero nadejdzie.

W tych twarzach jest zmęczenie, ale nie jest ono końcem. Jest tłem. A pod nim, gdzieś głębiej,
pozostaje coś delikatnego i trudnego do nazwania. Może nadzieja, choć pozbawiona pewności. Może
pragnienie, którego nie da się wypowiedzieć. Może światło, które nie ma siły rozproszyć mroku, ale
wystarcza, by w nim nie zgasnąć.

Każda twarz jest fragmentem mapy. Mapy niepełnej, niedomkniętej, pozbawionej legendy. Nie
prowadzi do jednej odpowiedzi. Nie mówi, co było naprawdę i dokąd zmierza człowiek. Pozwala
jedynie zatrzymać się na chwilę i próbować odczytać to, co zostało zapisane w spojrzeniu. Bo twarz
mówi czasem więcej niż słowa, nie przez przypadek, gdyż milczenie wielokrotnie mówi najwięcej.

Te fotografie nie opowiadają historii zamkniętej. Są śladami chwili — konkretnych ludzi,
konkretnego czasu, codzienności, która wydarza się teraz, a za chwilę stanie się przeszłością. Są próbą
zachowania czegoś, co bez fotografii mogłoby zniknąć: spojrzenia, gestu, obecności. I być może
dopiero wtedy, kiedy patrzymy wystarczająco długo, zmienia się perspektywa. Najpierw widzimy ich
świat. Potem widzimy człowieka. A na końcu, niemal niepostrzeżenie, pytanie zaczyna dotyczyć nas …

Czym właściwie jest brak?
Jak wiele potrzebujemy, żeby czuć, że mamy wystarczająco?

Co robimy z własnym zmęczeniem, samotnością, niespełnieniem?
Gdzie szukamy radości?
Czym próbujemy zagłuszyć to, czego nam brakuje?
I ile z tego, co uważamy za konieczne, rzeczywiście jest nam potrzebne?
Czy może i nas takie okoliczności spotkają?
Czyż nie odczuwamy, że przebywając wśród ludzi mówimy o permanentnej samotności?

Nie ma tu odpowiedzi. Jest tylko spojrzenie na świat, który mimo trudności trwa. Na ludzi, którzy
mimo wszystko znajdują powody, żeby się spotkać, rozmawiać, śmiać, słuchać muzyki, tańczyć i co
najważniejsze marzyć. Na twarze, które noszą ślady życia, ale nie są wyłącznie świadectwem jego
ciężaru. Bo nawet tam, gdzie wiele rzeczy zostało odebranych, pozostaje człowiek. Jego godność,
potrzeba bliskości, zdolność do radości i marzenie — czasem bardzo małe, czasem ledwie widoczne
— że następny dzień może przynieść coś więcej.

Dlatego „Rum, rdza i marzenia” nie jest tylko opowieścią o Kubie. Jest opowieścią o człowieku, który
próbuje żyć w świecie, jaki go „otoczył”, na jaki ma niewielki wpływ. Dlatego spojrzenie, a w nim
mapa twarzy, którą tworzą te fotografie, pozostaje niedokończona. Może dlatego, że żadna ludzka
historia nie jest skończona i żadna mapa nie pokazuje tego co wydarzy się z kolejnym krokiem, i jak
fotografia też wymaga czasu.

Pozostaje więc pytanie …. Ciche. Proste. I indywidualne i wspólne.

Co dalej?